Młody, zadziorny, o obco brzmiącym nazwisku. Niektórzy pamiętają, że pojawił się już na kilku zawodach, ale żadnego większego sukcesu nie odniósł. Taki „nieoszlifowany diament”.

Pewnego dnia pojawia się wśród czołowych zawodników. Nikt nie zwraca na niego uwagi. A on w ciągu kilku godzin miażdży faworytów i przebija się to panteonu sław. Bezczelnie, bez pardonu. Nagle wszyscy zaczynają o nim mówić, głośno o nim w mediach i środowisku sportowym. Staje się gwiazdą, nadzieją milionów kibiców – tych wiernych i tych, którzy zaczynają oglądać sport specjalnie dla niego.

Jerzy Janowicz.

Ale czy tylko?

 

Zatrzymajmy się na chwilę przy bohaterze mijającego tygodnia. „Nowa Isia ma na imię Jerzyk.” I jest spełnieniem marzeń każdego Polaka, który choć przelotnie interesuje się tenisem. Jeszcze kilka dni temu sądziliśmy, że tenisowe emocje tego sezonu mamy za sobą. Radwańska zakończyła rywalizację, utrzymując się w ścisłej czołówce rankingu WTA. Drobna dziewczyna, Polka z krwi i kości, która wywalczyła sobie miejsce wśród najlepszych. Media już na wszystkie strony przewałkowały jej silne i słabe strony, zrobiły z niej heroinę, która jest na szczycie „mimo wszystko”: bo przecież delikatna, drobnej budowy, bez porównania słabsza fizycznie od koleżanek po fachu. Niemożliwe zamienia w możliwe. Czyli to, co lubimy – Cud znad Wisły!

A teraz pojawił się nowy Cud. Jerzy Janowicz. 203 cm atomowego serwisu, potężnych forehandów i kąśliwych dropszotów. Wchodzi na kort i pokonuje zawodników z najlepszej dwudziestki rankingu ATP. Nie dlatego, że oni grają słabiej, ale dlatego, że gra niewiarygodny tenis. A już to, że ma za sobą lata borykania się z problemami finansowymi, sytuuje go na pierwszym miejscu w serwisach informacyjnych. Mamy bohatera!

Media na świecie szaleją. Kibice wstają z miejsc. Skąd on się wziął? Co on wyprawia? Dla nikogo nie ma respektu!?

Ano nie ma.

Jest młody, piekielnie uzdolniony i ma swój czas. Nie ma za to nic do stracenia. Simon? Tipsarevic? Murray? Nie ważne kto stoi po drugiej stronie siatki. „Jerzyk” już osiągnął swój życiowy sukces. Cokolwiek się stanie, wróci do domu jako zwycięzca. Zero przymusu. W takich warunkach rodzą się sensacje.

 

Nie tylko Janowicz!

Takich sensacji w sporcie było już wiele. Nagle pojawiali się młodzi zawodnicy, którzy rzucali całą czołówkę na kolana i bez respektu odbierali im kolejne trofea. W większości okazywało się, że to „gwiazdy jednego sezonu”, które upadały tak samo szybko jak się pojawiały. Co nie znaczy, że nie namieszały w historii. Wiele medali – czy to olimpijskich, czy Mistrzostw Świata, rozdano zupełnie nieznanym sportowcom, którzy swoich wyczynów nigdy nie potwierdzili na innych imprezach.

Ale wśród tych wszystkich „objawień” są też brylanty. Sportowcy, którzy wchodzą do czołówki na całe lata, tworząc kolejne piękne karty historii swojej dyscypliny. Przez lata kibice mogą obserwować, jak rozwijają się – od niepokornych młodych objawień, przez regularne gwiazdy, do „ikon” światowego sportu. Z wszystkimi wzlotami i upadkami. Z medalami, rękami wznoszonymi po tysiąckroć w geście zwycięstwa. Wystarczy spojrzeć na skoki narciarskie: Adam Małysz – legenda. A przecież zaczęło się piętnaście lat temu od „sensacji” w Oslo. Gregor Schlierenzauer – rocznik 1990. Supergwiazdor. Najpopularniejszy skoczek globu. Zadziorny, wręcz pyszny, wszedł do czołówki jeszcze jako dzieciak. Dziś, pomimo tylko 22 lat, jest uznawany za jednego z najwybitniejszych skoczków w historii.

Takie przykłady można mnożyć. Wszyscy mamy chyba teraz nadzieję, że i Jerzy Janowicz nie zniknie szybko z elity światowego tenisa.

 

Sukcesem zarządza głowa!

Jak to się dzieje, że pewnego dnia nieznany nikomu zawodnik podbija światowe rankingi? Bez wątpienia podstawą jest tu perfekcyjne przygotowanie fizyczne i techniczne oraz profesjonalne zaplecze stojące za młodym sportowcem. Ale to ma wielu, a tylko kilku dochodzi na szczyt. Dlaczego?

Bo tu w grę wchodzi psychologia.

Przede wszystkim liczy się charakter lub nabyte podejście do sportu. Ta bezczelność, która straszliwie irytuje wielu kibiców, jest często konieczna w przypadku młodych sportowców. Jest konieczna, bo burzy najważniejszą granicę, która dzieli ich od mistrzów.

Bo co z tego, że 17-letni zawodnik zakwalifikuje się do konkursu, w którym ma szansę zmierzyć się z najlepszymi, skoro zanim jeszcze rozpocznie rywalizację zostanie „pożarty” przez tremę? U takiego sportowca pojawia się autentyczny lęk przed zwycięstwem. Bo jak to, pokonać mistrza? Tego, który przez lata był wzorem do naśladowania? To jakby zburzyć cały światopogląd. A jeśli nawet taki lęk nie owładnie zawodnika, to pojawia się kolejny problem – zbyt duża motywacja w obliczu wielotysięcznej publiczności, która tylko czeka na potknięcie. Chęć zwycięstwa jest tak wielka, że paraliżuje.

A w sporcie zawodowym nie ma czasu na wahanie, na paraliż. Walczysz na 100% albo przegrywasz.

 

Dlatego właśnie trzeba pozbyć się kompleksów. Zwłaszcza na początku nie należy się skupiać na wyniku. Powinno się liczyć tylko „tu i teraz”, radość płynąca z dobrego wykonywania swojej pracy. Janowicz coś takiego ma w sobie. Jest tylko on, rakieta i piłka. Przeciwnik to tło, tak samo jak publiczność. Pozostaje czysta przyjemność wykonywania potężnych serwów, finezyjnych dropszotów. 100% koncentracji na wykonaniu. O wyniku będzie myślał, kiedy go już osiągnie. O kolejnym przeciwniku – kiedy przyjdzie do analizy jego gry. Poza tym – nie ma nic. Tylko „tu i teraz”.

Taka taktyka to klucz do sukcesu, nie tylko sportowego. Nie każdy ma w sobie umiejętność zupełnego koncentrowania się na wykonywanej czynności, ale każdy może ją nabyć (nawet jeśli poprzez ciężką pracę). Sportowcom przydaje się po to, by wybić się do czołówki, a potem by się w niej utrzymać. Pomimo lukratywnych kontraktów opiewających na miliony dolarów/euro, mimo tysięcy fanów i setek wywiadów. W pewnym momencie trzeba się wyłączyć i skoncentrować na pracy. Na sporcie. Głowa musi pokonać świat.

 

Jutro wielki dzień. Jerzy Janowicz walczy w finale z Davidem Ferrerem. Jeśli zwycięży, odjedzie z Paryża jako zawodnik pierwszej trzydziestki rankingu ATP, bogatszy o prawie 2 miliony złotych. Jeśli nie, będzie o milion uboższy. Ale zwycięzcą pozostanie nadal. Już przecież wygrał popularność, pewnie sponsorów, rozgłos i tysiące fanów. Jeśli mądrze to wykorzysta, możemy przyzwyczaić się do jego widoku na najsłynniejszych kortach całego świata.

Czemu nie? Jak dla mnie to bardzo przyjemna perspektywa.