Sezon zimowy już w pełni. Polacy mogą powrócić do tradycyjnego obiadu przy konkursie skoków narciarskich czy biegającej Justynie Kowalczyk. Co bardziej gorliwi włączą jeszcze Eurosport by natrafić na zawody biathlonowe (a tu może spotkać ich miła niespodzianka w postaci coraz lepiej prezentujących się Polek), męskie biegi czy ewentualnie narciarstwo alpejskie . Tu naszych reprezentantów brak, ale wciąż wielu entuzjastów białego szaleństwa chętnie obejrzy narciarzy pędzących po stoku ponad 100 km/h. 

I na tym koniec. Więc jeśli akurat Kowalczyk czy skoczkom nie idzie – tragedia. Zaczynamy sobie uświadamiać, jak do tyłu ze sportami zimowymi jesteśmy jako naród. I znów dyskusja, szukanie winnych. Ewentualnie można się pośmiać z absurdalnego pomysłu organizacji Igrzysk Olimpijskich w Polsce albo powzdychać nad tragicznymi perspektywami polskich sportowców w Sochi.
Aż się nóż w kieszeni otwiera.

Bo tyle zimowych talentów marnuje się w naszym kraju. Tylu młodziutkich biegaczy zainspirowanych sukcesami Justyny Kowalczyk. Tyle biathlonowych nadziei, tylu uzdolnionych łyżwiarzy.
No właśnie. Z łyżwiarzami to zupełnie inna bajka i nad nią chciałabym się pochylić, bo świetnie oddaje stan polskiego sportu zimowego.Całkiem niedawno na sport.pl ukazał się następujący artykuł:

http://www.sport.pl/zimowe/1,64996,13033259,Lyzwiarstwo_szybkie__Prezes_Kowalczyk__Infrastruktura.html

 

Panczeniści

 

Choć opinia publiczna o tym milczy, choć relacji z wyścigów nie uraczymy poza internetem, to na dzień dzisiejszy mamy w Polsce kilku wybitnych panczenistów osiągających sukcesy w rywalizacji międzynarodowej. I nie chodzi tu bynajmniej o nasze brązowe medalistki z Vancouver, ale o panów, którzy już na początku sezonu znaleźli się w światowej czołówce. Panów, z których dwójka trenuje obecnie z legendarnym panczenistą kanadyjskim J. Wotherspoon’em i którym ta współpraca wychodzi na dobre.
Gdzie w takim razie leży problem? Ano w tym, że ich obecność w światowej czołówce, tak samo jak medal dziewczyn na Igrzyskach, to świadectwo nie na fantastyczną polską myśl szkoleniową, ale jedynie na istnienie całej puli talentów w naszym kraju. Bo kiedy na całym świecie panczeniści wchodzą na lód w lipcu, Polacy mają taką możliwość w grudniu. Tylko na otwartych lodowiskach, bo w Polsce nie ma ani jednego krytego lodowiska z torem do łyżwiarstwa szybkiego. A wskutek tego nasi zawodnicy muszą trenować nie w przyjemnej temperaturze 10 stopni, ale przy -10. I oczywiście przy zupełnie innym lodzie.
Najbliższe kryte lodowiska nie są daleko. W innych państwach są normą, wystarczy więc tylko pojechać i zapłacić. Za lodowisko, za hotel, za transport, za pobyt trenera.

 

Tak więc po pierwsze brak własnej areny jest kosztowny. Ale nie tylko o pieniądze chodzi w zawodowym sporcie. Dodatkową kwestią jest ogrom koniecznych w tych warunkach wyrzeczeń. Zawodnik, który poza sezonem ma możliwość trenowania nieopodal domu, może również prowadzić normalne życie rodzinne, nie jest odseparowany od najbliższych i przyjaciół. Zupełnie inaczej uprawia się sport, który nie odbiera wszystkich pozostałych aspektów życia. Jest to istotne zwłaszcza dla młodych sportowców, którzy dopiero poznają świat zawodowego sportu. Podążając za przykładem – anonimowy młody panczenista, który musi wyjeżdżać za granicę by potrenować przed zimą, traci możliwość ukończenia szkoły, rozpoczęcia studiów, nawiązania trwałych relacji międzyludzkich. Nie każdego stać na takie wyrzeczenia.Wniosek? Mamy talenty. Mamy chętnych młodzików. Wybudujmy im areny, stwórzmy warunki do trenowania! Przecież kryte lodowisko może służyć nie tylko panczenistom, ale i łyżwiarzom figurowym czy hokeistom. Dajcie im areny, a sukcesy mogą przyjść szybciej niż myślimy!A kwestia nie dotyczy wyłącznie łyżwiarzy, ale również biegaczy narciarskich i biathlonistów. Tu sprawa jest jeszcze prostsza, bo trasy narciarskie i strzelnice nie wymagają budowy wielkich stadionów, a ratraki można wykorzystać także na stokach narciarskich.

I ostatnia sprawa. Pieniądze. Muszą pojawić się sponsorzy, by sportowcy mieli za co trenować i nie musieli przejmować się za co będą żyć do końca miesiąca.
A, nie ma co ukrywać, sponsorów zapewniają media i relacje telewizyjne. Tymczasem żadna z głównych telewizji nie garnie się do pokazywania panczenistów czy biathlonu. To dziwne biorąc pod uwagę, że wyścigi łyżwiarzy szybkich czy biathlonistów, gdzie każda sekunda może zmienić los całych zawodów, są o wiele ciekawsze od godzin biegania po lesie przez Kowalczyk czy niemiłosienie dłużących się wyścigów F1. Nie oszukujmy się, w 90℅ najpierw pojawiają się pieniądze, potem sukcesy. Chyba, że chcemy przez kolejne kilka czy kilkanaście lat czekać na nowego Małysza. A w tym czasie świat pójdzie jeszcze bardziej do przodu i coraz trudniej będzie go gonić.
A niech to, organizujmy te Igrzyska. Zdążymy na ostatnią chwilę, braki nadrobimy atmosferą a areny zostaną. Będzie gdzie trenować, będzie gdzie przekłuwać talenty na medale. I choć pewnie na własnych Igrzyskach wypadniemy jak reprezentacja na Euro. Nic to. Ważne żeby bez kompleksów móc szkolić przyszłych polskich mistrzów zimy.