Dzisiejszy post będzie postem inspirowanym wydarzeniami bieżącymi, a nawet bardzo bieżącymi, bo dzisiejszym finałem Uniwersjady z udziałem naszych siatkarzy (którym SERDECZNIE GRATULUJĘ SREBRNEGO MEDALU!). Przemyślenia, którymi chciałabym się podzielić, są jednak zbieraniną myśli z różnych okazji.

Po pierwsze – tytuł. Tytuł jest przewrotny, a wynika on z pewnej dyskusji, którą przeprowadziłam z N. dość dawno temu, a konkretnie w momencie, kiedy siatkarze (pierwsza reprezentacja seniorska) kwalifikowali się do Igrzysk Olimpijskich w Londynie. W ostatnim meczu graliśmy z Brazylią i potrzebowaliśmy dwóch wygranych setów, żeby jechać do Londynu. Wygraliśmy je, po czym cały mecz… przegraliśmy 3:2. W tym momencie wróciło jak bumerang stwierdzenie, że „my mamy kompleks Brazylii i nie umiemy z nimi wygrywać”. Dowodem na to miał być (również przegrany) mecz finałowy Mistrzostw Świata w Japonii.

Otóż, moi drodzy – NIE. Ja się kompletnie z tym stwierdzeniem nie zgadzam. Naszym problemem nie jest „kompleks” – Brazylii, Rosji, ani kogokolwiek innego. Moim zdaniem w tym przypadku problem leży zupełnie gdzie indziej, a konkretnie gdzieś między motywacją, a umiejętnością stawiania sobie odpowiednich celów.

Zacznijmy od początku, czyli od Japonii. Absolutnie nie neguję tego, że srebrny medal tych Mistrzostw był ogromnym sukcesem siatkarzy, zwłaszcza w tamtym okresie – był pierwszym znaczącym sukcesem międzynarodowym od wielu lat. W wielu reportażach pojawiało się nagranie z autokaru z siatkarzami wracającymi do hotelu po wygranym meczu półfinałowym, krzyczących z radością „Mamy medale, Polacy, mamy medale!”. Radość – w kontekście poprzedniego zdania – jak najbardziej zrozumiała i uzasadniona. Jednak dzień później nie udało się już pokonać Brazylii i zawalczyć o najwyższe trofeum. Tak, wiem – wtedy najprawdopodobniej naprawdę była poza naszym zasięgiem, a kontuzja Gacka nie przyczyniła się do poprawy naszej gry, ale jednak… oddać złoto tak całkiem bez walki?…

W kwalifikacjach do Igrzysk sytuacja się powtórzyła – potrzebowaliśmy dwóch wygranych setów, wygraliśmy je, zapanowała na boisku dzika radość (również całkowicie uzasadniona!)… a później stanęliśmy. Całkowicie, kompletnie przestaliśmy grać na poziomie, na jakim grać potrafiliśmy i na jakim graliśmy chwilę wcześniej! Tutaj już nie można było mówić o żadnym kompleksie, przecież tę samą Brazylię udawało nam się pokonać niedługo wcześniej, no i przecież chwilę wcześniej graliśmy z nimi jak równy z równym.

Skojarzenia z tymi sytuacjami wróciły dzisiaj, kiedy przed meczem usłyszałam fragment wywiadu z jednym z naszych zawodników, który mówił, że „dla nas ten turniej już jest wygrany, a nawet srebro będzie wielkim sukcesem”. No i było. Przegranie finału 3:0 nie przynosi nikomu ujmy i – jak powyżej – absolutnie nie kwestionuję wyższości Rosjan i rozmiarów naszego sukcesu, jednak słuchając takich wywiadów przypomina mi się jedna z wypowiedzi mojego nauczyciela z liceum: „Jak to jest, że wszyscy sportowcy jadą na Igrzyska po złoty medal, a Polacy twierdzą, że piąte miejsce będzie dla nich ogromnym sukcesem?”

Wiem, że żyjemy w kraju, gdzie przechwalanie się jest niemile widziane, podobnie jak przecenianie własnych możliwości. Wiem, że dla wielu tych sportowców faktycznie sama kwalifikacja, piąte miejsce, czy srebrny medal naprawdę JEST sukcesem. Ale jeżeli już jesteś w finale, jeżeli masz szansę walczyć o najwyższe cele – dlaczego tego nie zrobić? Dlaczego nie przeformułować postawionego celu i nie wykrzesać z siebie trochę więcej sił? Bo przecież mówi się, że drugi jest pierwszym przegranym; mistrz zawsze brzmi lepiej niż wicemistrz… Dlatego może warto wziąć sobie do serca ten wyświechtany slogan, że GRA SIĘ DO KOŃCA i naprawdę się tego nauczyć?…

 

P.S. Wita Was serdecznie druga, do tej pory milcząca, redaktorka bloga. :)