Za nami dzień pełen sportowych emocji. Niestety, Polacy wciąż pozostają bez medalu Mistrzostw Świata w Val di Fiemme. Justynie Kowalczyk zabrakło dziś sił do walki z koalicją Norweżek. Kamilowi Stochowi natomiast – „mocnej głowy”, która w najważniejszym momencie jego kariery pozwoliłaby nie popełnić błędu i powtórzyć świetny skok z pierwszej serii.

Mistrzem Świata w skokach narciarskich na średniej skoczni został Anders Bardal. Norwegowie oszaleli z radości. Bardal z minuty na minutę stał się symbolem narodowym. Zdobył pierwsze złoto na średniej skoczni do 1966 roku, kiedy to po mistrzostwo świata sięgnął legendarny Bjoern Wirkola. „Anders Bardal wskoczył do historii” – piszą norweskie portale internetowe. Dla mnie, jako dla wieloletniego kibica sympatycznego norweskiego skoczka, to zwycięstwo ma dodatkowe znaczenie. To symbol zwycięstwa psychiki zawodnika nad własnymi słabościami.

 

 

Anders Bardal w tym roku skończy 31 lat. Przez wszystkie lata, kiedy kadrę prowadził Fin Mika Kojonkoski, był „solidnym” filarem drużyny, choć nigdy nie wychodził przed szereg. Od kiedy zaczął regularnie pojawiać się w Pucharze Świata, Bardal świetnie radził sobie… w zawodach drużynowych. O tak, drużyna mogła na niego liczyć. Co do konkursów indywidualnych – tu było już gorzej. Owszem, zwykle mieścił się w pierwszej 20, a nawet 10, jednak jego skokom zawsze brakowało błysku.

Bardzo wyraźnie było u niego widać tzw. „problem z głową”. Anders potrafił oddać świetny pierwszy skok, jednak kiedy pojawiała się presja możliwości osiągnięcia życiowego wyniku, „spalał się” i spadał. Mimo, że Mika Kojonkoski był świetnym psychologiem, na ten problem nie znalazł rozwiązania. Bardal miał dobre i złe okresy (kiedy nawet nie dostawał się do konkursu), ale czym bliżej był sukcesu, tym gorzej wyglądał jego drugi skok. Apogeum dramatu zawodnika miało miejsce dwa lata temu na Mistrzostwach Świata w Oslo, kiedy po pierwszej serii Bardal był na podium (tak samo jak Jacobsen), by zawalić drugi skok. Biedak przez dobre kilka minut siedział pod skocznią, najpierw na przeciwstoku, potem w strefie do przebierania butów, i płakał. Miał niemal 29 lat i, jak się wydawało, niewiele szans na osiągnięcie życiowego sukcesu.

 

A potem coś się wydarzyło. Kojonkoskiego zastąpił dużo młodszy Austriak Stoeckl (ku wielkiemu niezadowoleniu Bardala…). Możliwe, że coś zmieniło się w sztabie, w sposobie przygotowań. Tego szybko się nie dowiemy.  W każdym razie Bardal, który dotychczas wygrał tylko 1 (jednoseryjny…) konkurs w Zakopanem, nagle zaczął brylować w towarzystwie. Pozostali zawodnicy mieli wzloty i upadki, ich forma falowała… a Anders zawsze był w czołówce. A co najważniejsze – zaczął wygrywać konkursy. W końcu został liderem klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.

To, co działo się z Andersem Bardalem po założeniu po raz pierwszy koszulki lidera klasyfikacji ogólnej Pucharu Świata, trudno określić inaczej niż batalią z samym sobą. Gregor Schlierenzauer gonił go jak oszalały, a z Bardala jakby opadła cała energia życiowa. Mimo to wygrał z wszystkimi i z samym sobą.  Zdobył Puchar Świata.  Wyszedł na podium, ściągnął czapkę, a w jego włosach po raz pierwszy można było zobaczyć ślady siwizny. Ślady, których dwa miesiące wcześniej nie było. Efekty niebywałego stresu i wysiłku, jaki musiał włożyć zawodnik w przezwyciężeniu samego siebie.

 

Minął niemal rok. Bardal jest drugi w tegorocznej klasyfikacji generalnej PŚ. Jednak ewidentnie nie o Puchar Świata Norwegowie w tym roku walczą, skoro opuścili kilka bardzo ważnych zawodów.  Anders Bardal – niemal 31-letni zawodnik, zdobywca Pucharu Świata i ewidentny przykład zwycięstwa nad własną psychiką, zdobył dziś złoty medal Mistrzostw Świata. Drugi, po pierwszej serii był Kamil Stoch. Niestety, Polak popełnił nieduży błąd w drugiej serii i skoczył zbyt krótko, by myśleć o medalu. Co gorsza, Stoch popełnił kolejny błąd – przy lądowaniu, co dodatkowo obniżyło noty sędziowskie. Przypomnę tylko – dwa lata temu na MŚ w Oslo Kamil Stoch również upadł. Przypadek? Sądzę raczej że to efekt ciągle trwającego problemu z kontrolą intensywnych emocji, które pojawiają się na najważniejszych imprezach. Anders Bardal pokazał, że można z tym walczyć.

 

Niestety, kolejnym przykładem „słabej głowy” jest nasza wybitna biegaczka, Justyna Kowalczyk. To dość ryzykowne stwierdzenie – powiecie. Kowalczyk to najbardziej zawzięta zawodniczka pod słońcem, która jeszcze nam pokaże jak się niszczy rywalki.

Zgadzam się. Ale są różne rodzaje odporności psychicznej. Co innego, kiedy klęskę trzeba przekuć w zwycięstwo. Co innego, kiedy trzeba wytrzymać 30 km morderczego biegu. A jeszcze coś innego, kiedy bieg trwa 3 minuty i każdy błąd powoduje wypadnięcie z rywalizacji.

Taki błąd przydarzył się Justynie Kowalczyk w trakcie ostatniego sprintu. Była przygotowana na walkę o złoto, upadła wskutek prostego błędu. Zabrakło koncentracji, Justyna za bardzo chciała. Świetnie działająca maszyna zacięła się na najwyższych obrotach, akurat wtedy, kiedy powinna działać najlepiej. Przeskakiwanie z toru na tor w sprincie wymaga maksymalnego skupienia, tak samo jak bieganie w grupie kilku zawodniczek. Kiedy zawodnik przegrywa z własnymi emocjami, przestaje działać automat w ich ciałach, który wypracowywali przez wiele lat treningu. I wtedy bardzo prosto o błąd. Niestety, coś takiego przydarzyło się naszej zawodniczce.

 

Justyna Kowalczyk

 

Jak na razie nie udało nam się zdobyć medalu w Val di Fiemme. To nie znaczy, że wyjedziemy z Mistrzostw Świata bez żadnego krążka. Gra toczy się dalej. Miejmy nadzieję, że tak jak Anders Bardal przekuł łzy sprzed dwóch lat w złoto, tak Kamil Stoch i Justyna Kowalczyk przekują swoje w medale dla Polski. I, kto wie? Może inni skoczkowie przyłączą się do walki? Maciej Kot, Piotr Żyła, może nawet Dawid Kubacki… walczcie! Z Norwegami, Szwedami, Austriakami i wami samymi!